Wyróżnienie w konkursie „W duchu sąsiedzkiej wspólnoty”: Moje życie na Żoliborzu

Wyróżnienie w konkursie „W duchu sąsiedzkiej wspólnoty”

Moje życie na Żoliborzu

Moja miłość do Żoliborza zaczęła się w 1969 roku. Wkrótce minie pół wieku. Nasz związek z dzielnicą okazał się trwały i mocny, jak w starym, dobrym małżeństwie.

01278

Kiedy z rodzicami sprowadziliśmy się na Sady, byłam malutką dziewczynką. Podobnie jak większość dzieci w rodzinach, które otrzymały tu przydziały. Towarzystwo od początku nie było tu przypadkowe. Bo prestiżowe osiedle zamieszkały głównie rodziny dziennikarzy, pracowników urzędów państwowych, literaci. Zwykle młode małżeństwa z dziećmi.

Mieszkańcy dość szybko się poznali. A to ze spacerów z psami, a to z zakupów w osiedlowym samie – filii Hali Marymonckiej, który stał na Braci Załuskich w miejscu obecnego zielonego, szklanego apartamentowca. Łączyły też tzw. akcje społeczne – jak choćby wspólne sadzenie drzew na osiedlu. Dziś posadzone wówczas lipy dochodzą do piątego piętra.

My dzieciaki też szybko się poznaliśmy. W przedszkolu, szkole, gdzie prawie wszyscy chodziliśmy, i z podwórka. Byliśmy pokoleniem z kluczami na szyjach. Rodzice do wieczora w pracy, musieliśmy sami wracać do domu, chyba że ktoś miał babcię, która mieszkała wspólnie. Nikt nas do szkoły nie woził samochodem (bo i nie było ich za wiele na osiedlu), zwykle nie odprowadzał nawet, bo przecież mieliśmy dwa kroki z domu.

Po lekcjach lecieliśmy na podwórko – pojeździć wspólnie na rowerach, pograć na placu zabaw w kapsle, klasy czy zbijaka. Jak było zbyt późno, mamy wywoływały nas przez okno do lekcji. Siedząc na schodach w bloku, albo na dachu – gdzie co prawda nie można było wychodzić, ale jak się chciało, to udawało się dostać – prowadziliśmy rozmowy o chłopaku z klasy, do którego się aktualnie wzdychało czy o sprawach, które nie nadawały się dla uszu rodziców.

Z sąsiadami łączyły nas prawdziwe więzy. Wiedziało się, kto jak się nazywa i pod ile mieszka, bo na parterze wisiała lista lokatorów. Nie było RODO, ani innej ochrony danych osobowych. Ba, zwykle na drzwiach, pod numerem lokalu, wisiała tabliczka z nazwiskiem. Nie było domofonów, krat w korytarzach. Była za to sąsiedzka pomoc, życzliwość, często przeradzająca się w wieloletnią przyjaźń.

Pamiętam imieniny moich rodziców, na których były pełne stoły mimo reglamentacji i kartek żywnościowych. Przede wszystkim jednak zapadło mi w pamięć, że wokół stołu, na zbieranych po sąsiadach krzesłach i taboretach, na grubej drewnianej desce do prasowania, siedzieli nasi zaprzyjaźnieni sąsiedzi. Nie tylko z naszego bloku, ale też z sąsiednich domów na osiedlu. Całe życie leczył nas sąsiad, który przychodził przy każdym przeziębieniu. Kiedy moja mama w wieku 35 lat dostała udaru, w szpitalu oprócz rodziny czuwały przy niej przyjaciółki z osiedla. My, dzieciaki, zainspirowani telewizyjnym programem o niewidzialnej ręce, która pomagała ludziom w potrzebie, pomagaliśmy pani z sąsiedniego bloku w wyprowadzaniu pieska czy nosiliśmy zakupy i „Express wieczorny” staruszce z piętra. Pamiętam jak dziś, że w zamian za drobną pomoc zapraszała nas do siebie, gdzie przy herbacie z konfiturą opowiadała nam, jak będąc primabaleriną występowała przed carem. W naszym bloku nie brakowało ciekawych ludzi. Mieszkał u nas aktor Mieczysław Gajda czy znana wówczas gwiazda Elżbieta Starostecka.

Dziś spora część osób w bloku nawet się nie wita z sąsiadami. Większość mieszkań została wynajęta, mało kto próbuje nawiązać głębsze relacje z sąsiadami. Każdy zaganiany, skupiony na własnych sprawach. Nie słychać dziś „sto lat” na całe osiedle, raczej wrzaski spod bloku głoszące chwałę warszawskiej Legii. Mało kto chodzi do sąsiadki na kawę czy pożyczyć mąkę, bo nie wypada przeszkadzać lub po prostu dlatego, że się jej nie zna.

A jednak coś się powoli zmienia.

Na pogrzebie mojego taty cztery lata temu było mnóstwo sąsiadów, tych z dawnych lat, ale i trochę tych nowych, sprowadzonych w międzyczasie, którzy go lubili i szanowali. A w Pawilonie kulturalnym w parku Sady (my mówiliśmy na niego raczej działki – bo był przecież pozostałością rodzinnych ogródków działkowych) przyjaciele z okolicy urządzili pokaz filmu poświęconego mojemu ojcu, nagranego  w różnych miejscach na naszym osiedlu. Jak choćby z rozgrywek szachowych na Sadach, które tata zainicjował, gromadząc rzesze samotnych panów, którzy z przyjemnością wychodzą do ludzi na partyjkę szachów.

Moim osobistym sukcesem i wielka radością jest mały ogródek, który wraz z zaprzyjaźnioną sąsiadką założyłyśmy pod naszym blokiem. Nie dla nas, bo nie jest pod naszymi oknami, ale ku uciesze wszystkich. Na miejscu gołego klepiska, które aż kłuło w oczy. Ogródek – poza tym, że miły dla oka – stał się miejscem integracji sąsiadów. Mało kto przechodzi bez słowa, kiedy pielimy grządki. Większość się wita, zagaduje życzliwie, chwaląc, jak ładnie i jakie z nas pracowite ogrodniczki. Nie czujemy się anonimowe, sąsiedzi otaczają nas życzliwością i wsparciem.  Dobrze się mieszka na tych naszych Sadach...

 

Ewa Lange
Mieszkanka osiedla Sady III

Artykuł ukazał się w numerze 1/2019 „Życia WSM”.