Wyróżnienie w konkursie „W duchu sąsiedzkiej wspólnoty”: Na sankach od CKM-u woziłem wszystko

Wyróżnienie w konkursie „W duchu sąsiedzkiej wspólnoty”

Na sankach od CKM-u woziłem wszystko

Urodziłem się w Warszawie na Powiślu we wrześniu 1939 roku. Nie mogę pamiętać, czy był akurat nalot w czasie, gdy moja mam mnie rodziła. Ale to jest bardzo prawdopodobne. Zaraz po zakończeniu II wojny światowej, kiedy miałem 6 lat, wróciliśmy z mamą do Warszawy.

00 logo niepo ziel

Bo wcześniej z miasta zostaliśmy wywiezieni po upadku powstania razem z wieloma mieszkańcami. Wieziono nas do obozu, ale uciekliśmy z transportu i ukrywaliśmy się do końca wojny w okolicach Pomiechówka. Jak wróciliśmy do Warszawy – miasta, którego już nie było, to rzecz jasna zobaczyliśmy, że naszego domu na Powiślu też już nie ma. Kamienica była całkowicie zniszczona, ale moja mama chciała pozostać w Warszawie, a gdzieś mieszkać trzeba było. Tak więc od roku 1945 mieszkałem sam z mamą w domku na działkach na Powązkach, a dokładnie na działkach przy ulicy Libawskiej. Moja mama mogła kupić „domek”  z pieniędzy, które odkopała z naszego zawalonego mieszkania w kamienicy na Powiślu, a wcześniej czyli przed powstaniem, schowała w słoiku po konfiturach w piwnicy.

Żoliborz, oddzielony od Powązek obszarem okopów, glinianek oraz obszarem na wpół rozwalonej zabudowy, nazywany był miasteczkiem Powązki lub Białymi domkami. Obecnie w miejscu Białych domków znajduje się szpital wojskowy WIML oraz zabudowa z lat 50. – bloki osiedla „Zatrasie II”, zwanego także „Rudawką”. Na działkach stały prowizoryczne, zbudowane na szybko domki i altanki, i tam mieszkały całe rodziny z dziećmi. W lepszych budynkach tzw. Białych domkach mieszkało, jak by tu powiedzieć, „szemrane towarzystwo”. Nasz domek nie był biały, trudno powiedzieć jaki miał kolor, zbudowany był na szybko, bez planu i pewnie dziś nazywalibyśmy taką budowlę budką lub barakiem, zaraz po wojnie, był jednym z wielu mu podobnych powstających na dziko z drewna i cegieł z gruzów.

Do szkoły podstawowej chodziłem do przedwojennego budynku szkoły powszechnej na Elbląską. W tej chwili jest tam Liceum Witkacego. Moja szkoła w roku 1947, gdy poszedłem do pierwszej klasy, wyglądała przedziwnie – duży budynek był w połowie zniszczony – bomba zniszczyła połowę budynku, ale zostały jedne schody, bo druga klatka schodowa była ruiną tak samo jak sala gimnastyczna. Ale na nasze szczęście bomba nie zniszczyła kotłowni, więc mieliśmy ciepło, co cieszyło nas, bo w domach nie zawsze tak mieliśmy. Lubiliśmy bawić się w ruinach szkoły, choć było to zakazane. Ale chłopcy – dzieci wojny, często półsieroty tacy jak ja, bawili się w tę wojnę, biegając po zrujnowanym budynku i zrzucając z górnych pięter dziecięcej roboty bomby z błota.

Zaś za kościołem Jozefata były stare magazyny wojskowe, z których my nastolatki wykradaliśmy starą amunicję. Ja znalazłem tam sanki do niemieckiego ciężkiego karabinu maszynowego CKM, tak mocne, że mogliśmy z kolegami zaczepiać się za hakiem tramwaju i jechać sobie za nim. Metalowe sanki ważyły z 20 kg, a chłopaków wchodziło czterech. Woziłem nimi też węgiel. Pamiętam, że czasem mój pies Lumpek ciągnął sanie razem ze mną.

Na działce obok domu sami zrobiliśmy z kolegami boisko do siatkówki i koledzy przychodzili do mnie, żeby grać. Po lekcjach chłopcy szli na boisko szkolne i graliśmy w „nogę”. Były też drużyny podwórkowe związane z dzielnicami – my Powązki graliśmy na zawodach na Gibalaku – część Woli z boiskiem za cmentarzem Żydowskim. Pamiętam nasze wyprawy na Gibalak – zajmowaliśmy wagon tramwaju. Jak tak jechaliśmy na mecz, czuliśmy się mocną drużyną i myślę teraz, że wyglądaliśmy na niezłych łobuzów. Zawsze jechaliśmy w drugim wagonie, a kilku nawet na „cycku” – czyli na wystającej tylnej części wagonu. Konduktor zazwyczaj przesiadał się wtedy do pierwszego wagonu do motorniczego. O chłopakach z Bielan mówiliśmy lalusie, my z Powązek byliśmy twardzi. Ale pamiętam, że były na Powązkach prawdziwe łobuzy: furmani, którzy wozili też kradzioną cegłę, zbiry, inne podejrzane persony – mieszkańcy Białych domków albo „wszawej górki”. Nawet zlikwidowano posterunek milicji, bo łobuzy chodziły grupami i milicjanci byli bez szans, tak że teren ten pozostawiono bez kontroli.

Uczyłem się przy lampie naftowej. Jak odrabiałem lekcje, kot grzał mi kolana, a plecy koza – to znaczy piecyk zwany kozą. Domek był tak słabej konstrukcji, że ściana domu zimą czasem przemarzała i robiła się biała od szronu. Oazą ciepła była zaś moja szkoła przy Elbląskiej, więc nie byłem jedynym, który rano biegł do szkoły ochoczo, wszyscy jak najwcześniej chcieli być w szkole, nie było spóźnień a niejeden przychodził wcześniej. Chodzili ze mną do tej szkoły podstawowej dorośli ludzie po 18-20 lat, którzy nie skończyli szkoły przed wojną i teraz musieli szybko nadrobić ten czas i zakończyć edukację podstawową, żeby uczyć się dalej. Nikomu to nie przeszkadzało, a czasem nawet ci starsi ściągali od 10-latków. Starsi jednak szybko opuszczali szkołę, a my byliśmy tam całe 8 lat.

Moja mama pracowała w magazynie przy Kolejowej, zarabiała grosze, była jedną z tych kobiet, które przed wojną skończyły tylko szkołę podstawową i nie miały zawodu, ich zajęciem było prowadzenie domu. Jedna z wielu wdów, które wojna pozbawiła męża, domu i utrzymania. Ojciec-powstaniec zginął w pierwszych dniach powstania warszawskiego i nie pamiętam go prawie. W domu było biednie, więc sam zarabiałem na swoje kieszonkowe, bo bardzo chciałem kupić sobie rower – to było moje wielkie marzenie – jechać rowerem do szkoły albo do kościoła (byłem ministrantem). Ksiądz nam pomagał, jak mógł. Na przykład załatwił podłączenie prądu. Kościół i cmentarz były w okolicy, więc żeby zarobić parę groszy przed Wszystkimi Świętymi już jako 9-latek nosiłem kwiaty w donicach za ludźmi na cmentarz. Miałem umowę z kwiaciarkami, które nas polecały. Dorabiałem sobie też, sprzedając skórki królików, które hodowaliśmy z mamą w sionce. Zabijałem króliki, zdejmowałem skórki, suszyłem je na trójnogach i sprzedawałem w punkcie skupu na placu Zawiszy. Pamiętam, że z tych skórek, tam na miejscu szyte były kożuszki i kamizelki.

Takie to były czasy trudne, ale wspominam je jako przygodę i chętnie wracam myślami do tego domku, do kolegów ze szkoły, księdza, sąsiadów, mojej nieżyjącej już mamy, psa Lumpka…

Andrzej Tadeusiak

Artykuł ukazał się w numerze 1/2019 „Życia WSM”.